Brak mi Ciebie... wiesz?
Brak mi Ciebie.. wiesz...?
Późne przedpołudnie, barak Twojej
obecności jest szczególnie odczuwalny.
Włączam synchronizator fal alpha – program
wyłączy się za 2 godziny, nastawiam iTunes na „pętlę” i
kładę się wygodnie na materacu. Jeszcze tylko zapalić świecę i
w drogę.
Zamykam oczy, obrazy napływają szybko jak bym
opuszczając powieki zaciągał ekran na którym ktoś
wyświetla już film. A może to tylko przegroda pomiędzy światami?
Widzę sufit mojego pokoju, niby ten sam lecz
uzupełniony o kilka szczegółów. Kolor pomieszczenia,
jakby zalewało go światło zachodzącego, krwisto czerwonego
słońca. Jest półprzejrzysty, widać sunące chmury,
skłębione obłoki gnane z zawrotna prędkością. Czuję że powoli
oddzielam się od ciała. Delikatne migotanie na granicy
postrzegania. Nagle sufit i chmury zwijają się w trąbę, niczym
tornado z rozciągniętych elementów świata. Opuszczam ciało,
powoli szybuję w stronę leja pochłaniającego coraz to nowe
drobiny, liście, fragmenty snów.
Gwałtowne przyspieszenie i jestem. Ważne by sie
nie przestraszyć uczucia spadania. Gdy nadejdzie strach, wrócę
z wielkim dreszczem wprost do mojego pokoju. Wielu ludzi doświadcza
uczucia spadania przy zasypianiu, gdy się przestraszą, wracają.
Jestem w przestrzeni spowitej mieszanina różowej
mgły i granatowych obłoków, zupełnie nieprzenikniony świat
bez kierunków i stron.
Wypowiadam Twoje imię.
Z mgły powolutku wyłania się błękitne,
bezchmurne niebo, gałęzie drzew, zakątek na plaży, szum fal. Leżę
na piasku w cieniu czuję zapach morza i wilgotnych krzaków
opodal.
Rozglądam się, nigdy tutaj nie byłem, cóż...
gdzieś musisz tu być.
Siedzisz samotna na kocyku, w dłoniach trzymasz
książkę, pogrążona w swoich myślach patrzysz na morze.
Podchodzę cichutko i dotykam Twoich ramion przesuwając dłonie
wzdłuż aż do Twoich ramion splatając nasze palce. Całuję Twój
kark i szepczę.
Brakowało Ci moich ramion, oto i one.
Obejmuję Cię i wtulam twarz w Twoje włosy
całując płatek ucha.
Wtulasz się we mnie przesuwasz na moje kolana i
obejmujesz. Blask Twych oczu, płakałaś? Zabieram smutek z Twych
ust długim pocałunkiem.
Ciepło, delikatny szum fal, lekki wiatr, ptaki i
absolutny spokój. Siedzimy objęci, rozmawiając
o drobiazgach, wszystkich tych radościach i smuteczkach
codzienności. Snując po raz setny plany na przyszłość, czy
pamiętasz kiedy pierwszy raz rozmawialiśmy o wspólnej
przyszłości?
Dłonie błądzące po ramionach, splatające się
palce, dotyk, pocałunki, muśnięcia. Powoli świat przestaje
istnieć. Pachniesz tak wspaniale, Twoje usta smakują niczym
nieopisana rozkoszna potrawa. Pieszczę delikatnie kark, szyję,
gładzę piersi. Czuję sutki sterczące pod bluzeczką. Jedną ręką
odpinam biustonosz i obejmuje Twoje piersi. Pocałunki bez końca.
Moje dłonie wędrują po Twoim ciele znajdując coraz to nowe
miejsca sprawiające rozkosz. Wtulona, z zamkniętymi oczami,
wyprężona, oddajesz sie pieszczotom. Pieszcząc językiem Twoje
piersi gładzę kolana, rozchylasz uda, podążam dalej i dalej.
Zdejmuję z Ciebie resztę bielizny, zostajesz w rozpiętej białej
bluzce i długiej spódnicy.
Łapczywie ściągasz moją koszulkę, rozpinasz
spodnie. Siedząc na mnie rozglądasz się niczym zając robiący
stójkę. Nikogo nie ma, jesteśmy sami, tylko my.
Okryty Twoja spódnicą czuję jak bardzo
mnie pragniesz. Złączeni w jedno pulsujemy wspólnym rytmem.
Szum fal, Twoje słowa, krzyk niemal. Przyciągam Twoje usta, to znów
odrzucam, trzymając mocno za biodra. Drapiesz, kąsasz, całujesz.
Owijasz się, obejmujesz mnie ramionami, zaplatasz nogi. By już
nigdy nie wypuścić, by wypić do ostatniej kropli.
Zmęczeni, szczęśliwi, patrzymy w bezchmurne
niebo, wszystko jest takie proste i łatwe.
Samolot zostawia biały ślad. Dźwięk dziwny
jakby z wnętrza mojej głowy.
Świat powoli traci ostrość, rozpływa się w
oparach nieistnienia, czy to sen czy jawa.
Otwieram oczy.
Rytmiczny dźwięk końca programu połączony z
„Burn” The Sisters of mercy.
Pora wykąpać się i iść do pracy.